» Blog » Moje piętnaście lat z figurkami w tle
24-12-2010 23:48

Moje piętnaście lat z figurkami w tle

W działach: blog, MotywAkcja | Odsłony: 26

Moje piętnaście lat z figurkami w tle

Na skróty - druga część tekstu.


Flo, rybki.

Żywot człowieka dorosłego to przerażające doznanie. Obowiązki, rodzina, święta, prezenty... mnóstwo rzeczy do ogarnięcia. Kto ma, ten wie, jak to jest. Kto nie ma - powinien być szczęśliwy. A jak dołożyć do tego jeszcze fakt, że tego biednego człowieka (czyli mnie) za dwa dni trafi trzydziestka, to już kompletny klops.

Jakby tego było mało, wisi nad nami końcówka roku, czas podsumowań, rozrachunków i rozliczeń (za spodnie na bazarze i zabite lwy).

Postanowiłem zatem i ja rozliczyć się z czasem. Ale trochę inaczej, niż zrobił to mój idol (o czym wiewiórki doniosły mi smskami, bo ostatnie dwa tygodnie byłem trochę odcięty od internetów). Postanowiłem, mianowicie, korzystając ze wspaniałej MotywAkcji, napisać rozliczeniowy felieton o grach bitewnych w moim erepgowym życiu.

Z góry ostrzegam - będzie to osobisty i pełen dygresji tekst, niekoniecznie posiadający jakąkolwiek wartość merytoryczną. Ale to niekoniecznie mój problem, prawda? Zatem - czuj się ostrzeżony, czytelniku. A teraz, jeśli chcesz, cofnij się ze mną w czasie i przygotuj na magiczną nostalgiczną podróż przez półtorej dekady.


1. Złamany maszt i Czarna Arka

W czerwcu 1995 roku skończyłem szkołę podstawową. Za moich czasów robiło się to po ośmiu klasach, więc byłem już wtedy młodzieńcem w pięknym wieku, z niejakim doświadczeniem w grach fabularnych. Niestety, ograniczały się one bardzo do dziwacznych publikacji w przerażających językach oraz jeszcze bardziej przerażających Kryształów Czasu i kilkudziesięciu ubitych w kwiecie wieku postaci. Mieliśmy wtedy bardzo inne podejście do gry. Ale bawiliśmy się pięknie. Pierwszego dnia wakacji mój szanowny Ojciec (na swoje i mojej szanownej Muzer nieszczęście, jak się okazało później) podsunął mi poniedziałkowe wydanie lokalnego dziennika i powiedział: "Patrz tu". "Tu" okazało się długą na pięć zdań notką w stylu "Klub miłośników gier fabularnych Avatar zaprasza początkujących i doświadczonych graczy RPG na spotkania. Wojewódzki Dom Kultury, ul. Seminaryjska ileśtam, w każdy piątek o 14". Umarłem.

O.M.F.G.

Nie jesteśmy sami we wszechświecie! Yay! Tuż obok, gdzieś, niedaleko (no dobra, na drugim końcu miasta) rozwija się Cywilizacja! Klub! Gracze! RPG! Doktor Lingvistone, jak sądzę! O rany. Cztery dni szykowaliśmy się z moim przyjacielem Grzesiem na wyprawę. Zrobiliśmy pewnie z czterdzieści postaci do Kryształów (kto widział, ten wie, co to oznacza), odpicowaliśmy karty, porysowaliśmy portrety, napisaliśmy historie i zaostrzyliśmy wszystkie ołówki. Kostki mieliśmy cztery. Łącznie. 2k10 i 2k6. Hell yeah. Polska 1995, prowincjonalne miasto Kielce.
Klub przeszedł nasze najśmielsze oczekiwania. Trzydziestu chłopa, wszyscy starsi od nas, "Ajem jor fader Luk Starłors Fą", "mechanika deszejść lepszą jest od każdej innej", "e, nie ja wolę na gurpsie", "Może zagramy w moją ałtorkę o upadłych demonach?", "widzisz thaco goblina to 18 pajacu, a nie 20"... Kosmos. Od razu okazało się, że w wakacje klub spotyka się codziennie i można grać, ile się chce. Zatem graliśmy. Przez pierwszy tydzień odezwałem się cztery razy, Grzesiu dwa.

A potem Gerwaz i Obcy (dziś moi serdeczni koledzy, jeden jest psychologiem w biznesowej warsiawce, drugi pracuje w zakładzie Udupiania Społeczeństwa, pozdro chłopaki ;-D) przynieśli swoje figurki do [url=http://en.wikipedia.org/wiki/Man_O'_War_(game)]Man-O-Wara[/url]. A ja zrozumiałem, że to koniec. Że resztę życia spędzę grając, w erpegi i gry bitewne. Jasna i świetlista przyszłość otworzyła się przede mną. Z niebios zstąpili aniołowie, odezwały się trąby a statek Skavenów, którego piękne detale podziwiałem, wyślizgnął mi się z rączek i połamał sobie maszty.

Żyję. Gerwaz mnie nie zabił, ale jego wzrok mówił wszystko. Na szczęście miałem jakieś pieniądze przy sobie, pobiegłem do modelarza po klej i skleiliśmy model. O rany. Dwa tygodnie bałem się do Karola (bo Gerwaz to Karol ;-) odezwać. W klubie byłem czarną owcą, nikt nie pozwalał mi nawet zbliżać się do ich modeli. Masakra. Aż do pamiętnej bitwy, w której Obcy sam rozniósł trzy armie korzystając z moich światłych rad. Moje przerąbanie farciarskie rzuty (z których słynę do dziś - moi gracze płaczą, kiedy nadchodzi ten moment, że mam dobić ich na ST 50 w Wolsungu) i doskonałe wykorzystanie Czarnej Arki (Hosanna!) przyniosły nam wielkie, legendarne zwycięstwo.

A potem poszedłem do liceum i tam zaczęło się naprawdę...


2. Jak okłamałem czytelników mojego felietonu mówiąc, że to zaczęło się w 1995...

Tak naprawdę ten felieton powinien mieć w tytule raczej dwudziestkę... W 1989 roku Iskry wypuściły broszurowe wydanie Howarda, w tłumaczeniu Piotra W. Cholewy. Pierwszy tom, Bogowie Bal-Sagoth kosztował całe moje pierwsze w życiu kieszonkowe. Mam go do dziś. Tak odkryłem fantastykę - i chciałem dzielić się z wszystkimi swoją pasją, co, rzecz jasna, spotykało się ze zdrowym niezrozumieniem i dziś wcale mnie to nie dziwi. Na szczęście (inny) Grzegorz, duuużo starszy brat mojego przyjaciela Łukasza był zapalonym miłośnikiem gatunku. Prenumerował Fantastykę[i] - i zaczął mi ją chętnie pożyczać. Oczywiście nadrabiałem zaległości od pierwszych numerów, więc trochę mi zajęło, zanim dotarłem do niesamowitego numeru z niebieską okładką, w którym dział [i]Galeria poświęcony był grom. Hej, te dziesięć (niestety, nie sprawdzę, moja kolekcja Fantastyk, którą dostałem od Grzegorza jest w piwnicy u moich rodziców, popakowana w zgrabne pudełka) zdjęć totalnie zmieniło moje życie. Do dziś pamiętam, co na nich było - kolejka do sklepu Games Workshop w Londynie, figurka elfa, podręczniki do AD&D... wiedziałem, że oglądam coś, co jest bramą do innego świata. Ale najbardziej, najbardziej, najbardziej urzekły mnie figurki - zdjęcia stołów z makietami i klockami oddziałów, rozmazane i rozciapciane kiepskim offsetem drukarni KAWu czy innego cholerstwa, które drukowało podówczas Fantastykę. I tak naprawdę moje dwadzieścia lat z figurkami w tle zaczęło się właśnie wtedy. Niestety, bardzo teoretycznie, do czasu, kiedy zawiatała do mnie...


3. Moja Pierwsza Figurka!

MiM. Ta nazwa elektryzowała nas za każdym razem, nieodmiennie, przez końcówkę podstawówki i całe liceum. Yay! Nasz ukochany periodyk o naszym ukochanym hobby. Miłosz, Wenanty, Skróty, Almanachy. Kraina Goblinów. Czekało się cały miesiąc (a czasem więcej, sporo więcej) i połykało numer w dwie godziny. Od dechy do dechy. Miód i orzeszki. Aż pewnego razu Wąsaty Pan Kioskarz dał mi mój periodyk i dołożył do niego plastikowy woreczek z czymś. Gratis. OMG! Jak bransoletka do Klałdii!

To była figurka. Moja pierwsza. Elfi łucznik. W płaszczu, z kołczanem przy pasie. Nic dziwnego, że połowa moich postaci do Warhammera i Kryształów (tak, ciągle w nie graliśmy...) stała się elfimi (względnie półelfimi) łucznikami. Pomalowałem ją humbrolkami, totalnie zalewając wszystko, co tylko dało się zalać w tak prostym, plastikowym modelu. Zastanawiałem się, czemu nie ma cieni na płaszczu i w ogóle. I jak namalować oczy na takiej maleńkiej powierzchni. Wiecie, te wszystkie rzeczy, które robicie na korcie, kiedy nie macie pojęcia, którą stroną rakiety tenisowej się gra. Z drugiej strony - to był jakiś 1996 rok, internet raczkował, o stałych łączach nikt nie myślał. PDFy były ekstrawaganckim wymysłem, blogowanie kojarzyć się mogło co najwyżej z toaletowymi problemami a Mark Zuckerberg jeszcze nawet nie raczkował. Niemniej jednak, graliśmy i mieliśmy wielki apetyt na figurki, który leczyliśmy inną trucizną - karciankami. A właściwie to jedną karcianką - Doom Trooperem!


4. Warzomunda!

Doom Trooper zajawił nas na całego. Świetna gra, genialny świat. Przepiękne ilustracje Paula Bonnera. Nic dziwnego, że kiedy na rynku pojawiła się bitewna wersja Kronik Mutantów - Warzone rzuciłem się na niego zębami i pazurami. Na miarę, oczywiście, moich skromnych możliwości finansowych. Dość powiedzieć, że moi rodzice niespecjalnie cieszyli się z moich dziwnych hobby i niekoniecznie wspierali akurat te aspekty mojego życia. Gry, figurki, kostki, farby - to wszystko musiałem kupować z kasy, jaką udawało mi się zaoszczędzić na różnych rzeczach - codziennie szedłem do szkoły na piechotę, jakieś 3 kilometry. Bilet miesięczny kosztował trzy dyszki - tyle, co dwa blistery albo parę farbek. W jakiś sposób, figurka po figurce, kleiła się kolekcja. Ale zawsze byłem w tyle, za kółkiem graczy, które skupiło się wokół sklepu Gandalf w Kielcach (otworzył się jakoś tak w 1996 i był kultowym miejscem spotkań kieleckiej sceny graczy. Naprawdę kultowym, łza się w oku kręci). Zebrałem w miarę grywalną ilość modeli akurat wtedy, kiedy wszyscy przerzucili się na Necromundę. Cóż było zrobić, drodzy państwo? Jakoś tak się złożyło, że zebrałem troszkę wolnych środków i udało mi się kupić sporo bitsów z battla i czterdziestki. Pilniki, obcęgi i klej w łapkę - i zacząłem szał konwersji. Wystrugałem sobie całkiem ładny gang - dwa miesiące siedzenia, dopasowywania i klejenia. Wiecie, jak zabawnie klei się metal, zanim człowiek wpadnie na pomysł użycia sztyftów? Podpowiedział mi go mój Ojciec, który modelarską część moich zabaw akceptował (sam uwielbia kolejki i kartonowe modele, ale niestety, obie pasje zarzucił w młodości).

Zrobiłem mój wypasiony, w pełni autorski gang Goliathów. Wymalowałem go cudnie. Ślina kapała, jak się na nich patrzyło. Mutki, popalone, powalone, jeden w jednego jak spod atomowej igiełki. Cudo. Zeszła mi na to większa część wakacji. Zagrałem nimi dwie bitwy - epickie, wielkie i totalnie odjechane. Obie zresztą przerżnąłem, jako, że dupa ze mnie, a nie strateg. Ale miny graczy i widzów, którzy oglądali moje modele - bezcenne. A potem zaczęła się szkoła, druga klasa ogólniaka. Nie, żeby mi to jakoś przeszkadzało.

W połowie października sprzedałem wszystkie makiety i gang. Za zarobioną kasę kupiłem milion (no, z pięć) podręczników do Świata Mroku. I na parę lat pożegnałem bitweniaki...


5. Okej, to my będziemy wyznawać Morka. Gorka! Morka! Gorka! WAaaaaAaaaAaaagh!!!

Do mojej szkoły trafili nowi gracze. Wszyscy do jednej klasy. Wenus, Misiek, Jabol, Sysu. Błyskawicznie (krótki kurs "jak rozpoznać rpgowca w liceum, w 1996 roku" - długie włosy, szatan w oczach, blackmetalowa koszulka z pentagramem? Żaden z nas tak nie wyglądał ;-) zgadaliśmy się i zaczeliśmy razem grać. W pewnych okresach - codziennie. Wampira. Na poważnie. Tę samą Sagę (czy tam Kronikę...) To było intensywne doznanie, wkręcaliśmy się, bo niech mnie diabli, ale byliśmy świetną ekipą graczy. Dobra rotacja MG, każdy prowadził, każy grał - nie było szans na nudę.

Aż w końcu pewnego dnia pojawił się Jabol i powiedział: "Są dwie podstawki do Gorkimorki za śmieszne pieniądze, znajomy ma, z Angli przywiózł". Hell yeah! Koncept orków (okej, nie graliśmy tylko w Wampira. Tłukliśmy też resztę WoDu, Młotka, Cybera, Cthulhu i wszystko, co trafiło w nasze ręce. Ale i tak Wampir zajmował jakieś 75% czasu antenowego) jeżdżących ciężarówkami po totalnie wypalonych pustkowiach i rozpieprzających w drobny mak wszystko, co uda nam się napotkać przemawiał do nas na każdej możliwej płaszczyźnie. Szczególnie, jak padło hasło, że każdy spór w zasadach rozwiązuje się wrzeszczeniem.

I tak zaczęliśmy grać w Gorkemorkę. To świetna gra. Totalnie, totalnie jajcarska. Mieliśmy przy niej ubaw po pachy, potrafiliśmy siedzieć osiem godzin dziennie i ciupać bitwę po bitwie przez tydzień. Proste zasady, rewelacyjne modele, poczucie humoru - kto nie poznał w młodości, niech żałuje.

Poza tym Gorkamorka uratowała mi kiedyś życie...



Okej, misie. To koniec pierwszej części mojej opowieści. Przede mną ciągle historia o szpachlowaniu szafy na skutek wywijania dwuręcznymi mieczami w kawalerce, historia o tym, jak wydałem kasę na czynsz zupełnie nie na czynsz i jeszcze parę innych, ciekawych anegdotek.

Następna część po świętach ;-)

A tymczasem - mam do Was prośbę. Jest sobie konkurs o Pudełko Pełne Skarbów do gier bitwenych. A ja pojutrze kończę 30 lat. Zróbcie mi prezent na urodziny i polećcie moją notkę - może uda mi się wygrać Pudełko i wrócić do hobby? Bo wiecie... nigdy nie miałem własnej armii do Warhammera Battle - a w Pudełku jest, między innymi, warhammerowe pudełko...


Na skróty: druga część tekstu.


l.

Komentarze


Blanche
   
Ocena:
0
Już teraz wszystkiego najlepszego, lucku. ;)
24-12-2010 23:52
lucek
   
Ocena:
0
Dziękować, dziękować Blanche :-)
Oficjalna wykładnia brzmi: mam osiemnaste. po raz dwunasty ;-)

l.
24-12-2010 23:56
Blanche
   
Ocena:
+1
A ja myślałam, że to typowo kobiece kłamstewko... :P
24-12-2010 23:57
lucek
   
Ocena:
0
Kokieteryjnie zapytam - być może mam kobietę w sobie?
(sądząc po mojej posturze, to pewnie jakąś kiedyś zjadłem :P)


l.
25-12-2010 00:03
~ciekawski

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
+1
Tak.. to były piękne czasy Macku :) Fajny wpis.. łezka się w oku zakręciła.. Pozdrawiam i zapraszam kiedyś przy okazji na sesyjkę w CK :)
25-12-2010 00:20
lucek
   
Ocena:
0
Panie Rafale! Będę dzwonić pojutrze, żeby Cię 27 wyciągnąć na piwko gdzieś. Maffin przyjechał, jest okazja się spotkać ze starymi karabinami :-D
25-12-2010 00:24
Avarest^
   
Ocena:
0
Fajny wpis ;] Życzę przynajmniej kolejnych piętnastu lat z erpegami i bitewniakami w tle. W sumie to będzie więc tyle ile niedługo będziesz obchodził. Najlepszego.
25-12-2010 00:26
nimdil
   
Ocena:
0
Albo masz 29 albo 18 po raz 13 :> (albo jestem zmęczony ale skoro 18 urodziny po raz 1 to 18...)
25-12-2010 01:30
27383
   
Ocena:
0
Dla Ciebie to warto nawet zakładać nowe, fikcyjne konta, żeby leciały polecajki - świetny, przewspaniały tekst :)
25-12-2010 08:31
Krakonman
   
Ocena:
0
Ty mi, ziom, lepiej powiedz, kiedy gramy.
25-12-2010 11:34
644

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
0
Albo pijemy, eee? Bo ostatnio albo ja albo Ty nie mogles. :D

A poza tym - Najlepszego!
25-12-2010 12:51
Vukodlak
    Ty draniu.
Ocena:
+1
Za każdym razem jak mam kryzys hobby i myślę sobie, że powinienem rzucić bitewniaki i RPG, bo rzadko gram, a masę kasy na to wydaję i nie używam za często... to wyskoczy mi taki troll jak Ty i znowu myślę sobie "a czemu nie?". Bo fajnie jest mieć oddział Berserkerów Khorna, którzy stoją na półce obok kolekcji podstawek i dodatków, co nie?
25-12-2010 14:20
Mag_Mag
   
Ocena:
0
Polecam bo warto... Wszystkiego najlepszego lucku! Żeby ci się szczęściło i wygrywało!
26-12-2010 09:40
Rege
    Lucku
Ocena:
0
Fajnie jest realizować takie marzenia. Wiem coś o tym, bo od malenkości chciałem kolekcjonować Skavenów do Warhammera. Chodziłem do sklepów praktycznie co tydzień i patrzyłem się przez gabloty z wywieszonym jęzorem na szczuroludzi. Wiedziałem, że mnie na nich nie stać, niemniej jednak udało mi się oczędzić trochę kaski i kupiłem sobie parę figurek na przestrzeni lat, jednak nigdy nie doszedłem nawet do 300 punktów.

Teraz, udało mi się urzeczywistnić owo marzenie i jestem właścicielem Skaveńskiej armii.
Do tego, z nikąd, przypałętali się do niej Space Marines ;)

Rewelacyjne uczucie, spełniać swoje marzenie, po latach, nieważne jak błahe mogłoby się one wydawać.

Mam nadzieję, że wygrasz!

26-12-2010 12:00
_Ertai_
   
Ocena:
+1
l. - to są osiemnaste po raz TRZYNASTY! :) Najlepszego!
26-12-2010 15:18
Anolecrab
    Gratuluję wygranej !
Ocena:
0
... w sumie to chyba już wygrałeś skoro konkurencja się nie popisała :) Ale tekst jak najbardziej fajny do poczytania.
26-12-2010 15:28
gervaz
   
Ocena:
0
siedzę na podsiedleckiej wsi, w gościnie u teściów - po domu baraszkują dzieci - w tym jedno moje - na stole zaś sałatki, mięso, ziemniaki, ciasta, wódeczka i owoce w ilościach hordowych...

a tymczasem na polterze TAAAAAAAAKI wpis!
i to ja w nim występuję! ja! sprzed prawie 17 lat!

drogi Maćku:) serdecznie dziekuję za ten wpis - zrobiło mi się ciepło na sercu, łezka zakręciła się w oku, gdy powrócił wspomnień czar.... Tylko wrodzone poczucie honoru powstrzymuje mnie przed założeniem kilkunastu kont i masowym poleceniem tej notki. Apeluję więc do innych czytelników - polecajcie, ocalcie od zapomnienia legendę kieleckiego światka rpg.
Myślę, że dostaniesz zaproszenie na ekskluzywny konwent "Inwazja Potworów" - i mam nadzieję, że się pojawisz, by choć w części odtworzyć klimat minionych czasów.

a teraz parę sprostowań - w 1995 w Manowara grałem high elfami a nie skavenami. Po pierwsze - skavenów nie było w podstawce, po drugie high elfy miał dłuższy zasięg strzały i ostrzejszy promień skrętu.
- z biznesową częścią Warszawki mam dużo mniej wspólnego, niżbym chciał...

no i biciem serca czekam na drugą część !
26-12-2010 18:18
lucek
   
Ocena:
0
@Avarest^ - dzięki za życzenia :-) Mam wrażenie, że dowolna przewidziana ilość lat będzie z grami w tle. Skoro już sporo ponad połowę życia im poświęciłem, to czemu cokolwiek miałoby się zmienić?

@nimdil - możliwe, że po raz 13 ;-). Ale z kolei najpierw pije się zdrowie solenizanta, a potem zdrowie solenizanta po raz pierwszy, więc może w urodzinowych rzeczach pierwszy raz jest zerowym razem? ;-)

@Thoctar - cieszę się, żem trafił w gusta :-)

@Krakonman - niech się tylko rok zacznie, sytuacja świąteczna uspokoi i takie tam (obr). Myślę, że można spokojnie liczyć na okolice końcówki lutego.

@Ramel - wpadniesz do Poznania na kawałeczek Khakonu? To by była dobra okazja!

@Vukodlak - bo ja buc jestem i świnia ;-)

@Rege - hehe, tak to już jest z nami, starymi karabinami, prawda? :-)

@Ertai - ważne, że osiemnaste :-) Pozdro i dzięki brachu :-)

@Anolecrab - ostatnio mi odwołali konkurs, w którym byłem jedynym uczestnikiem, więc nie należy mówić hop... ;-) Liczę, że jednak Polter nie będzie taki i da mi się pocieszyć Pudełkiem. I cieszę się, że Ci się felieton podobał.

@Gerwaz - ha! W drugiej części notki powrócisz w jeszcze większej glorii i chwale, mój serdeczny druhu!
I dobrze, że wyjaśniłeś historię z Man-O-Warem, bo byłem:
a) pewien, że maszt złamałem Tobie,
b) prawie pewien, że to była elficka jednostka,
c) przyzwyczajony, że zawsze grasz skavenami,
i coś mi się w tym wszystkim nie zgadzało jakoś.

Szkoda, że nie ma Cię w Kielcach - dziś konferowałem z Ciekawskim i Krzysiem Małysem, umówiliśmy się na osiemnastą do knajpeczki, powspominać i spotkać z Maffinem, który też do Kielc przyjechał na święta. Stara Gwardia nie umiera! Widzimy się na zimowej Avangardzie, tak?


l.
26-12-2010 23:06
gervaz
   
Ocena:
0
oczywiście:) rozumiem że chodzi o zjaVę...
Moja nieobecność w Kielcach to efekt uboczny dorosłości, i takich czynników związanych z nią jak praca, brak urlopu itp.

Btw - stara gwardia nie tylko nie umiera, ale też wychowuje nowy narybek - do zobaczenia na zjaVie:)
27-12-2010 06:06
~Scorpio

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
0
Wszystkiego najnaj (spóźnione odrobinę).
Myślę, że każdy ze "starych" erpegowców ma wiele ciekawych historii dotyczących ich hobby. Wiadomo, narastają przez lata.
A Gorkamorka na prawdę była awesome :)
27-12-2010 11:54

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.

ZAMKNIJ
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.